TOP Kitchen – po pierwszej rozgrywce

TOP Kitchen nie leży w moim głównym obszarze zainteresowań. Ani tematem, ani ciężarem. Choć z drugiej strony to gra z kostkami, a ostatnio mam do nich słabość. Zaś temat może mało kolejowy, ale też chyba rzadko poruszany, więc jakoś nęcił. Kiedy więc pojawiła się okazja zagrania (znajomy wspierał), to nie odmówiłem. Oto moje wrażenia.

Na wstępie podkreślę jednak jeszcze raz, że to wrażenia po jednej tylko grze (4 osoby) i bez lektury zasad (tłumaczył je właściciel gry).

Zasady

EDIT: Jak w komentarzach pod tekstem zauważył Mariusz Milewski, autor gry, na Wspieram.to w aktualizacji #13 podany został link do zasad. Przeglądałem aktualizacje, spodziewając się takiej ewentualności. Ale jednak przegapiłem ten fakt. Jest mi przykro za tę pomyłkę i przepraszam!

Pierwszy, niestety niezbyt przyjemny, kontakt z grą to… brak zasad. No a w każdym bądź razie nie udało mi się ich znaleźć. Nie ma ich ani na BoardGameGeek, ani na Wspieram.to. Przy tym przez „zasady” rozumiem na przykład PDF z instrukcją. Bo dość dokładny opis przebiegu rozgrywki można znaleźć i na Wspieram.to (w sekcji Projekt) i w recenzji GambitTV. Jednak zawsze i niezmiennie dziwi mnie taki brak. Dziwi mnie, że sam wydawca gry nie publikuje zasad. Ba! Wydaje mi się, że dla niektórych jest to mocny argument przeciw kupowaniu gry, tym bardziej, jeśli jest fundowana w ten sposób.

Co więcej, same zasady _chyba_ (podkreślam, że chyba, bo bazuję tu na przekazie znajomego, który zasady czytał) są nie do końca precyzyjne. W szczególności zagadnienie zagrywania kart incydentów (fioletowe, negatywna interakcja) nie precyzują kolejności. Wątpliwość na jaką trafiliśmy, to gdy jeden z graczy zagrał na drugiego incydent w czasie dobierania kart. Czy teraz ofiara zagrania musi zareagować natychmiast, czy może na przykład – już wiedząc, że jest atakowana – najpierw odrzucić część kart i dociągnąć nowe, z nadzieją na kartę deseru, która pozwala niwelować incydenty? Podobno zasady tego nie precyzują.

Rozgrywka

Wrażenia z rozgrywki są raczej przyjemne. Ale tylko jeśli traktuję ją jako dość lekką pozycję. Wpływ losu jest bowiem moim zdaniem mocno widoczny.

Incydenty bolą!

To odczułem zaraz na początku. Zagrałem kartę natychmiastową (zielona, jednorazowe bonusy dla zagrywającego) dającą mi dodatkową gotówkę (bodajże 5 TK). Na to gracz po lewej zagrał kartę incydentu zabierającą mi 5 TK. Zniwelowałem ją deserem. To w zamian dostałem kolejną taką samą.

W ostatecznym rozrachunku gotówką wyszedłem na zero. Ale pozbyłem się 2 kart. Tak jak atakujący mnie gracz. Oboje straciliśmy nic nie zyskując. Kto się z tego cieszył? Oczywiście pozostali dwaj gracze. Bo w relacji do nich pogorszyliśmy własną pozycję.

Wydaje mi się, że cała ta sytuacja była przegrana od początku. No bo co innego mógł zrobić gracz atakujący mnie?

  • Mógł wybrać innego gracza na ofiarę, ale wyszłoby na to samo przecież.
  • Mógł trzymać te karty, żeby uderzyć w lidera, gdy jakiś się wyłoni. Ale po pierwsze, trzymanie kart jest drogie. Bowiem ich alternatywnym użyciem jest „inwestowanie”, czyli odkładanie jako punkty zwycięstwa na koniec gry. A co rundę dociągamy do 5 kart, a nie dostajemy 5 kart, więc zatrzymywanie kart, to mniej kart później. Wreszcie na 4 osoby zaleca się tylko 3 rundy, nie ma więc za bardzo czasu na „wyłanianie się lidera”.
  • Mógł zostawić te karty i z końcem rundy zainwestować je na punkty zwycięstwa.

Ostatnie opcja wydaje się najatrakcyjniejsza, ale wtedy rodzi się zasadne pytanie, po co w ogóle te karty? Nie tylko zresztą u mnie, bo chyba właśnie recenzji GambitTV sugeruje możliwość gry bez kart incydentów. Choć tam jako uzasadnienie pada chyba eliminacja negatywnej interakcji. Sam średnio przepadam za taką bezpośrednią negatywną interakcją, ale nie żeby też zaraz ją eliminować. Tyle tylko, że tutaj akurat jest ona moim zdaniem słabo zrobiona.

Jeden ze współgraczy zasugerował inną zmianę. Żeby incydenty były słabsze, ale uderzały po równo we wszystkich pozostałych graczy. Wtedy przynajmniej nie ma efektu największego zysku u graczy niezaangażowanych w incydent.

Co to planować?

Więcej spodziewałem się po planowaniu. Chciałem zarządzać kośćmi, bo jest ich tu wiele! Niestety jednak na tym polu gra wypada moim zdaniem słabo.

Gotowanie polega na wyrzuceniu odpowiedniej sumy w każdej z kategorii danego dania (zależnie od stopnia trudności chyba od 2 do 4 kategorii półproduktów, czyli kolorów kostek). Większość dań zdaje się mieć wartości konieczne na poziomie podłogi z wartości oczekiwanej rzutu daną liczbą kości (albo i nieco niżej). Choć niektóre trudniejsze (dające więcej punktów) dania mają większe wartości. Do tego jeszcze wśród kart akcji mogą się nam trafić usprawnienia, które pozwalają dodać 1 do wyniku rzutu w odpowiednich kategoriach.

I tyle. Po prostu bierzemy kości, rzucamy i albo się udało, albo nie. W szczególności zaś nie możemy na przykład minimalizować ryzyka i użyć więcej kości niż wskazuje danie. (Choć możemy użyć mniej!) Więc właściwie nie ma tu za bardzo nad niczym kontroli. Może nam się poszczęści wylosować kartę usprawnienia, które akurat się przyda i potem już tylko rzucamy.

Nawet nad daniami nie mamy za bardzo kontroli, bo też dostajemy co rundę 5 losowych dań na rękę, z których musimy zatrzymać co najmniej 3. Ale nie wiemy co dostali i zatrzymali przeciwnicy, więc nie możemy próbować się dostosować. Co też jest bolączką, bo potem walka na rynku (by kupić jak najtaniej odpowiednie kostki) jest znów ślepym trafem. Albo będę miał szczęście i moje dania używają kostek, których inni mało potrzebują, albo nie będę miał tego szczęścia. Zaplanować tego nie mogę.

Mamy jeszcze licytację o kolejność działania na rynku. Licytacja jest w ciemno, więc znów mało kontroli. A w dodatku remisy rozstrzyga rzut kością, jakby za mało było losu. Tylko że po co właściwie się bić, skoro nawet nie wiemy, czy inni będą chcieli kupić to samo co my, czy nie?

A! I kostek półproduktów nie możemy kupować na zapas, bo niezużyte tracimy co rundę. Żeby i tu nie planować sobie za wiele.

Wreszcie na koniec mamy przyprawy. Można je kupić na rynku i dodać do dania, dla dodatkowych kilku punktów. I znów spore źródło losu. Bo te kilka punktów to całkiem sporo, szczególnie wobec prostszych dań. A to czy akurat trafi się przyprawa do dań jakie wylosowałem jest… tak… zupełnie losowe.

Estetyka

Tu za to gra radzi sobie świetnie! Jest naprawdę ładna. Do tego śliczne małe kostki. Wreszcie zaś największy hit – patelenka (szkoda, że nie metalowa, ale i tak jest super!). Niby nic nieznaczący gadżet. Ale raz, że mamy naturalne miejsce do rzucania kości (szczególnie fajne przy grze z dziećmi), a dwa, że mamy naturalny „wskaźnik” aktywnego gracza. No i jeszcze raz: jest świetna!

Choć niestety i tu nie obyło się bez drobnych zgrzytów. Ulepszone stojaki na karty, z pleksi chyba, które można było dokupić ekstra, w naszej wersji kompletnie się nie sprawdziły. Nikt ich nie używał, bo karty w nich w ogóle nie chciały stać. Wszyscy korzystaliśmy z tych oryginalnych.

Drugim zaś problemikiem są plansze graczy. W naszym doświadczeniu z reguły mamy do 3 dań jednocześnie, ale plansza ma miejsce tylko na dwa. Można było nieco pomniejszyć ozdobnik z lewej strony, by uzyskać więcej miejsca na trzeci tor dań.

Ale to szczegóły. Gra wygląda super!

Wrażenia

U mnie gra się nie wybroniła. Było miło, owszem, ale nie jest to gra którą bym kupił, albo o granie w którą bym prosił. Od czasu do czasu nie odmówię, owszem, ale nic nad to. Co więcej, mam trochę poczucie zmarnowanego potencjału. Myślę, że tylko zmieniając zasady tu i ówdzie, można by zrobić z tej samej gry coś wyraźnie głębszego i ciekawszego.

Przy tym jednak trzeba mieć na uwadze i to, że to gra nie z mojej bajki. I właściwie tego się spodziewałem. A jednak mimo tego zachęciła mnie do zagrania i nie odczułem, że był to czas zmarnowany. Więc daje radę. U mnie takie solidne 6 na BoardGameGeeku. A sądzę, że z właściwymi odbiorcami dla tej gry, byłoby jeszcze lepiej.

PS

Przy okazji pomarudzę jeszcze trochę. Wpis gry na BoardGameGeeku świeci pustkami. Ja rozumiem, że jeśli ludzie nie piszą, nie pytają, nie nic – to nie wyczarujesz. Ale zamieścić podstawowe rzeczy to można. Doszukałem się 4 recenzji gry:

ale tylko pierwsza z nich była na BoardGameGeeku. Pozostałych trzech, przez około dwa miesiące, nie dodali ani ich autorzy, ani wydawca gry. (Choć wszystkie były dostępne poprzez opis kampanii na Wspieram.to.)

Rozumiem, że to gra na polski rynek. W dodatku chyba nie dla wyjadaczy. Więc BoardGameGeek ma niski priorytet. Ale czy to naprawdę aż tyle pracy, żeby dodać link o swojej grze (albo do swojej recenzji) i uczynić go łatwiej znajdowalnym dla innych? Ostatecznie dodałem je ja (ostatni w toku weryfikacji przed administratora). I teraz wygląda, jakby to były moje recenzje. 😉

A takich niedopatrzeń było więcej. Na przykład już martwy link do fanpage’u na Facebooku – był zarówno na BoardGameGeeku (już usunąłem) jak i w innych miejscach. Chociażby ostatniej z przytoczonych recenzji. (I tego to w ogóle nie rozumiem – czemu ten fanpage nie istnieje już?!) Albo inne – nieuzupełnione dane w opisie wydania gry (nawet status wydania był nieaktualny, ale już poprawiłem).

Choć na plus trzeba policzyć, że w ogóle był wpis w bazie danych. Wydaje mi się, że wiele mniejszych dodatków na przykład, nawet tego nie doświadcza.

Ale może to ja mam zbyt wysokie wymagania?

0 Udostępnień